RSS
środa, 29 kwietnia 2009
ON

Idąc po schodach nie mogłam oprzeć się wrażeniu, ze kolor koperty nie jest przypadkowy. I że powinien mi coś mówić. Im bardziej próbowałam złapać to wewnętrzne przeczucie tym bardziej mi umykało. Pod drzwiami zdałam sobie sprawę, że przygryzam wargi. Zawsze tak robiłam, gdy się nad czymś skupiałam. Ale skąd to wiedziałam..?Zamek chrząknął znacząco. Nie wiem wiem kiedy włożyłam klucz do zamka. Z lekkiego otępienia wyrwał mnie dopiero dźwięk otworzonych drzwi. Chwyciłam za klamkę i nacisnęłam. Drzwi pisnęły cicho, światło z korytarza oświetliło przedpokój. Znalazłam włącznik lampki na korytarzu i włączyłam ją. Przedsionek zalało ciepłe, żółte światło z lampki postawionej na stoliku przy lustrze. Ustawiłam ją w tym miejscu nieprzypadkowo. Jej światło odbijało się w lustrze, przez co efekt jasności w korytarzu wzmagał się. Dzięki temu mogłam nabrać pewności, że po moja nieobecność nikt nie wszedł do mieszkania i nie czaił się gdzieś za rogiem. Przynajmniej chciałam wierzyć, że tak jest. Łapałam sie na tym, że samoistnie nakręcam swoje złudzenia. Drugim takim złudzeniem było zostawienie małej lampki w sypialni zawsze włączonej. Żeby...Olśnienie przyszło tak nagle, że aż zbrakło mi tchu. Upuściłam torebkę, list wysunął mi się z dłoni. "Boże, jak mogłam nie skojarzyć tego od razu???!!!". Stałam oparta o stolik, tyłem do lustra, i patrzyłam w ziemie. Patrzyłam w tą pomarańczową kopertę, która wywoływała w mojej głowie obrazy, które uderzały mnie raz za razem. I nie byłam w stanie nic zrobić. Tyle czasu od nich uciekałam, wedle powiedzenia "nie myśl o białych niedziedziach" nauczyłam się nie myśleć o tym. Wyparłam to z pamięci. Bo strata była zbyt wielka i do dziś nie zrozumiała. I nagle wszystko wróciło. Niespodziewanie. Czułam się tak strasznie bezbronna. I właśnie to była jedna z tych chwil gdy potrzebowałam tego co tak bardzo starałam się wyprzeć, a czego; jak doświadczałam boleśnie; nie udało mi się zrobić. Szumiało mi w uszach. Nie wiem ile czasu minęło. Zaczęły do mnie docierać dźwięki. Jeden natarczywy. "Telefon? Nie.. Dzwonek do drzwi? Też nie...Ach! Alaram! Przypomnienie...!22.00.. No tak.. Weź pigułkę… Sięgnęłam do torebki, którą upuściłam. Wygrzebałam z nich listek z 21 pigułkami, których zostało mi 8. Zażyłam jedną i udałam się do kuchni. Zapaliłam światło w dużym pokoju, bo inaczej o mały włos nie zabiłabym się o fotel. Zawsze miałam talent do przestawiania mebli w taki sposób, żeby potem się o nie potykać. Szum wody trochę uspokoił moje myśli. Nalałam pełną szklankę wody, dodałam do niej lodu i wróciłam do przedpokoju po list. Serce biło mi jak oszalałe. Pomyślałam sobie, że na nic zdały się moje już wieloletnie ucieczki do tego, żeby wyłączyć te myśli i te wspomnienia bo wystarczył jeden list i wszystko upadło. Tyle lat na karku i wciąż nie nauczyłam się tego, że ucieka się tylko do pewnego momentu. Zawsze natkniesz się na ścianę przed ktorą nie uciekniesz. Ja uciekałam 5 lat. I jak widać na próżno. Spojrzałam na kopertę. "Czy to możliwe, żeby parzyła? Czy to tylko moje wyobrażenie? "Szybkim ruchem rozdarłam kopertę. W środku znajdował się list, na oko ze cztery strony formaty A cztery. "No to się rozpisał" pomyślałam. Acz wiedziałam, że to tylko kąśliwa uwaga mojej natury podpowiedziała mi tą myśl. On nigdy nie miał problemu z pisaniem elaboratów.. Szczególnie do mnie.Wzięłam głęboki oddech, odgięłam złożone na pół kartki i zaczęłam czytać..

"Wiem, że wiesz, że to ja.. Wiedziałem, że odczytasz kod koloru jaki Ci wysłałem. Chciałem Cię przygotować na to co możesz spotkać w środku. I dać Ci wybór...

"Wybór..???" pomyślałam sobie "jaki wybór do cholery?? Ile czasu zajęło mi zorientowanie się, że list jest od Ciebie właśnie, dwie minuty? To jest wybór??" Zaczęły do mnie wracać nie uspokojone nigdy emocje i doszły do głosu uczucia, których próbowałam się wypierać tyle czasu. I prawie mi się udało.. "I co?? I On sobie teraz napisał list?? Teraz?? A gdzie był pięc lat temu? Kiedy ja tak bardzo potrzebowałam od niego choćby słowa.. Choćby drobnego cienia nadziei..." Złość we mnie narastała. 

"...tak wiem, znam Cie na tyle, że wiem, że teraz się wściekasz o to, że doskonale wiem jak szybko potrafisz czytać pewne przesłanki i, że tak naprawdę to nie żaden wybór..."

Znów zaczęłam go nienawidzić, za to, że tak dobrze mnie zna i wie jak oddziałuje. Zupełnie jak wtedy. 5 lat temu...

"...Zanim znów mnie zaczniesz nienawidzić.. przeczytaj proszę ten list do końca. Pewnie sobie myślisz teraz, że nie mam prawa Cię o nic prosić, bo gdy Ty mnie prosiłaś ja nie chciałem słuchać. Lub zwyczajnie nie odpowiadałem.. A gdy w końcu zdobyłem się na jakiś znak była to wymówka, żebyś dała mi czas. I mi go dałaś. Skutecznie.. ale i tak strasznie dotkliwie..."

Pamiętałam dokładnie o czym mówił. W razie gdyby miała mnie kiedyś zawieść pamięć trzymałam tego maila do dzisiaj. Na początku był dla mnie płomykiem nadzieji. Łudziłam się, czytając do setki razy, że to tylko chwilowe. Że mu przejdzie przecież, że poprosił o czas więc to znaczy, że chce.. Po roku stwierdziłam, że musiałam go naprawdę bardzo skrzywdzić. Po dwóch latach jeszcze tliła sie we mnie nadzieja, że być może potrzebował zupełnie się odciąć by móc na mnie patrzyć tak jak zawsze a nie tak jak zaczął.. Po 3 latach zaczęłam żyć ze świadomością, że staje sie dla mnie kimś kto umarł. Żyłam tylko wspomnieniami. Które nigdy więcej nie będą miały pożywki w postaci czegoś co wydarzy się w czasie teraźniejszym. Wtedy bolało najbardziej. Brak znaku przez trzy lata był dla mnie sygnałem, że nie mam już czym się łudzić. I że żadna z opcji jaką rozważałam w tym czasie nie okazała się prawdziwa. W końcu nałożyłam czarną maskę na wspomnienia i zaczęłam go dyskredytować by zacząć w końcu żyć. Nie zaś wegetować, szukając i modląc się choćby o smsa, których było tak wiele w pamięci mojego telefonu.Posunęłam się do zmiany telefonu by mieć czystą pamięć. Zrobiłam to 3.5 roku po tamtym zdarzeniu. Za bardzo bolało mnie to, że wracałam mimowolnie do treści do niego, bo tak bardzo tęskniłam."A On teraz pisze o dotkliwości???"

- Trzeba było się do mnie odezwać do cholery!!! Ale wtedy a nie po pięciu latach! - wykrzyczałam do pustych ścian. I rozpłakałam się.


 

03:33, gabelle
Link Dodaj komentarz »
POMARAŃCZOWA KOPERTA

Dostałam list. W sumie nic niezwykłego. Listów codzien odbieram około dwudziestu. Tylko, że ten był inny. Nie przyszedł drogą mailową. Znalazłam go w skrzynce na listy. Po dacie stempla; którą nie było łatwo odczyać zdałam sobie sprawę, że im bardziej wgłębiałam się w technologiczne nowinki tym bardziej zapominałam, że istnieją inne kanały komunikacyjne. Data była sprzed ponad miesiąca. A więc przez przynajmniej miesiąc nie wpadłam na to, żeby wogóle do swojej czerwonej skrzynki na listy zajrzeć. W jakiś niewyjaśniony sposób zrobiło mi sie głupio i wstyd jednoczenie. Przypomniałam sobie, że wiele lat temu listy pocztowe były jedyną formą kontaktu, która pozostawiała trwały ślad. Że miałam całkiem pozkaźne, posegregowane grono takich właśnie śladów.

Stałam przez chwilę przy skrzynce, trzymając w ręku pomarańczową kopertę, która zawierała treść od nieznane mi nadawcy. Jedne co mogłam o nim, lub o niej powiedzieć, było to, że ma całkiem ładny charakter pisma. Nie wiem jak długo bym tak stała, gdyby nie to, że nagle usłyszałam blisko siebie głos.

- A witam panienkę sąsiadkę!

Odwróciłam się gwałtowanie. Za mną stał mój sąsiad. Starszy, przemiły człowiek, który czasem zostawił mi pod drzwiami cisteczka, które piekła jego żona. Uśmiechał się do mnie, widziałam każdą pojedyńczą zmarszczkę która oplatała jego błekitne wciąż oczy. Jego siwe włosy były teraz ukryte pod kaszkietem. Albo gdzieś wychodził albo skądś wracał. Był ubrany w swój bezowy prochowiec, wyprasowane na kant spodnie i mimo, że wiekowe to zadbane skórzane brązowe buty.

Uśmiechnęłam się do niego. On i jego zona samym swoim byciem potrafili sprawić, że choć na chwile wszytskie troski znikały.

- Dzień dobry panie Deilys. Jak się pan miewa?

- A całkiem nienajgorzej dziecinnko, całkiem nienajgorzej - odpowiedział swoim ciepłym głosem. Czasem jak słuchałam go to nie mogłam się powstrzymać się od wyobrażenia, że jestem małą dziewczynką, której tato spokojnym głosem czyta bajke na dobranoc. To było miłe uczucie.

- A jak się ma Iris? - zapytałam. Wiedziałam, że żona pana Deilys ma problemy ze zdrowiem, dlatego to jego widywałam najczęsciej na zakupach i na klatce.

- A całkiem dobrze. Wybieramy się wspólnie na rekreacyjno rehabilitacyjny wypoczynek w przyszłym tygodniu.

- och! To wspaniale! - ucieszyłam się.

- Synowi udało się załatwić wspaniały ośrodek na zachodzie europy. To nowe miejsce. Jeszcze nie znane. Szukają ludzi, którzy przyjadą, przekonaja sie i rozniosą wieść dalej.

Deilys'owe mieszkali sami. Ich dzieci już dawno pozakładaly rodziny. A kilka miesięcy temu oboje nie dość że stali się dziadkami to i pradziadkami. Patrząc na nich cięzko byłoby uwierzyć, że mają ponad 80 lat.

- Bardzo się zatem cieszę, że będziecie mogli wypocząć od miastowego zgiełku.. Aczkolwiek.. będzie mi brakowało ciasteczek od Iris - zazartowałam.

- Och, myślę, że Ona juz się tym zajmuje - odpowiedział mi i zaczęlismy się śmiać.

Niestety nie dane mi było pogawędzić z nim dłużej. Zadzwonił telefon. Ekran wyświetlił "Margaret". Westchnęłam. Mój sąsiad puścił mi tylko oczko, domysliwszy się, że muszę odebrać i udał się do wyjścia.

- Słucham Margaret? - powiedziałam, gdy odebrałam.

- Och, jak to cudownie, że odbierasz!!! Już myślalam, że skoro wyszłaś z pracy to znaczy, że już nie będe mogła liczyć na Twoją pomoc... - powiedziała to wszytsko na jednym oddechu. Mimo, że nie przepadałam zbytnio za tą filigranową brunetką, której wszędzie było pełno i której nigdy nie zamykały się usta; nie umiałam nie podziwiać tego, że jest w stanie wypowiedzieć takiej ilości słów na jednym wdechu.

Cierpliwie poczekałam aż skończy opowiadac, że jest sama w biurze, że nikogo nie ma, że tylko na mnie może liczyć i obdzwoniła już tyle osób i tylko ja odebrałam. Naturalnie wiedziałam, że to nieprawda. Ona zawsze dzwoniła tylko do mnie.

- No dobrze, ale co się stało?

- Och widzisz zapodziałam gdzieś dokumenty sprawy Emporium... Boże! To tragedia! Tomas mnie przecież zabije jak tylko się dowie, że to było na mojej głowie i teraz tego nie ma. I nawet pomysłu nie mam gdzie się podziały! Jen! Błagam, pomóż mi.. już nawet myślałam, żeby wziąśc sobie wolne na jutro.. Tomas potrzebuje tych dokumentów na jutro popołudniu, wieczorem ma pierwsze, najważniejsze spotkanie w prezesem Emporium. Boże, boże, boże.. co ja mam począć???

Westchnęłam

- Marg.. uspokój się - powiedziałam spokojnie..

- No ale jak ja mam być spokojna! Przecież od tych papierów zależy moja głowa, praca, pozycja,, - usłyszałam, że prawie płacze. Przez głowe mi przeszło pytanie - jakim cudem człlowiek z taka nikłą zdolnością panowania nad nerwami i stresem pracuje w naszej firmie?.

- Marg. Dokumenty wzięła Debby. Zrobiła to dziś popołudniu i powiedziała Ci o tym jak piłysmy kawe w bufecie.. - przyszło mi do głowy, że to jest chyba moment w którym powinnam pójśc do Tomasa i poważnie porozmawiać o dalszej współpracy z Marg. Mimo, że była sympatyczna to coraz bardziej dostrzegałam jak bardzo ktoś z działu HR się pomylił sądząc, że ona sie nadaje na to stanowisko które teraz piastuje.

- och... - i zapadła cisza w słuchawce.

Po chwili ułyszałam

- No.. hym.. w takim razie.. to życzę Ci miłego weekendu. paaaa - i rozłączyła się.

Skrzywiłam się. Spojrzałam tęsknym wzrokiem na drzwami za którymi kilka chwil temu zniknał pan Deilys. Przez tą histerie Margaret o mały włos nie zapomniałam o liscie który cały czas trzymałam w dłoni.

Spojrzałam jeszcze raz na pomarańczową kopertę, na której ktoś napisał:

Jennifer Brandge

7 Springfield street 

Dublin 3

Ciekawośc wygrała z chęcią rozpamiętwania tego co uciekło i tego co musiałam wysłuchac. Czym prędzej udałam się do mieszkania, żeby dowiedzieć się kto i dlaczego wysłał mi list. I skąd taka jego forma..

 

03:03, gabelle
Link Dodaj komentarz »
Archiwum
Zakładki: