Dostałam list. W sumie nic niezwykłego. Listów codzien odbieram około dwudziestu. Tylko, że ten był inny. Nie przyszedł drogą mailową. Znalazłam go w skrzynce na listy. Po dacie stempla; którą nie było łatwo odczyać zdałam sobie sprawę, że im bardziej wgłębiałam się w technologiczne nowinki tym bardziej zapominałam, że istnieją inne kanały komunikacyjne. Data była sprzed ponad miesiąca. A więc przez przynajmniej miesiąc nie wpadłam na to, żeby wogóle do swojej czerwonej skrzynki na listy zajrzeć. W jakiś niewyjaśniony sposób zrobiło mi sie głupio i wstyd jednoczenie. Przypomniałam sobie, że wiele lat temu listy pocztowe były jedyną formą kontaktu, która pozostawiała trwały ślad. Że miałam całkiem pozkaźne, posegregowane grono takich właśnie śladów.
Stałam przez chwilę przy skrzynce, trzymając w ręku pomarańczową kopertę, która zawierała treść od nieznane mi nadawcy. Jedne co mogłam o nim, lub o niej powiedzieć, było to, że ma całkiem ładny charakter pisma. Nie wiem jak długo bym tak stała, gdyby nie to, że nagle usłyszałam blisko siebie głos.
- A witam panienkę sąsiadkę!
Odwróciłam się gwałtowanie. Za mną stał mój sąsiad. Starszy, przemiły człowiek, który czasem zostawił mi pod drzwiami cisteczka, które piekła jego żona. Uśmiechał się do mnie, widziałam każdą pojedyńczą zmarszczkę która oplatała jego błekitne wciąż oczy. Jego siwe włosy były teraz ukryte pod kaszkietem. Albo gdzieś wychodził albo skądś wracał. Był ubrany w swój bezowy prochowiec, wyprasowane na kant spodnie i mimo, że wiekowe to zadbane skórzane brązowe buty.
Uśmiechnęłam się do niego. On i jego zona samym swoim byciem potrafili sprawić, że choć na chwile wszytskie troski znikały.
- Dzień dobry panie Deilys. Jak się pan miewa?
- A całkiem nienajgorzej dziecinnko, całkiem nienajgorzej - odpowiedział swoim ciepłym głosem. Czasem jak słuchałam go to nie mogłam się powstrzymać się od wyobrażenia, że jestem małą dziewczynką, której tato spokojnym głosem czyta bajke na dobranoc. To było miłe uczucie.
- A jak się ma Iris? - zapytałam. Wiedziałam, że żona pana Deilys ma problemy ze zdrowiem, dlatego to jego widywałam najczęsciej na zakupach i na klatce.
- A całkiem dobrze. Wybieramy się wspólnie na rekreacyjno rehabilitacyjny wypoczynek w przyszłym tygodniu.
- och! To wspaniale! - ucieszyłam się.
- Synowi udało się załatwić wspaniały ośrodek na zachodzie europy. To nowe miejsce. Jeszcze nie znane. Szukają ludzi, którzy przyjadą, przekonaja sie i rozniosą wieść dalej.
Deilys'owe mieszkali sami. Ich dzieci już dawno pozakładaly rodziny. A kilka miesięcy temu oboje nie dość że stali się dziadkami to i pradziadkami. Patrząc na nich cięzko byłoby uwierzyć, że mają ponad 80 lat.
- Bardzo się zatem cieszę, że będziecie mogli wypocząć od miastowego zgiełku.. Aczkolwiek.. będzie mi brakowało ciasteczek od Iris - zazartowałam.
- Och, myślę, że Ona juz się tym zajmuje - odpowiedział mi i zaczęlismy się śmiać.
Niestety nie dane mi było pogawędzić z nim dłużej. Zadzwonił telefon. Ekran wyświetlił "Margaret". Westchnęłam. Mój sąsiad puścił mi tylko oczko, domysliwszy się, że muszę odebrać i udał się do wyjścia.
- Słucham Margaret? - powiedziałam, gdy odebrałam.
- Och, jak to cudownie, że odbierasz!!! Już myślalam, że skoro wyszłaś z pracy to znaczy, że już nie będe mogła liczyć na Twoją pomoc... - powiedziała to wszytsko na jednym oddechu. Mimo, że nie przepadałam zbytnio za tą filigranową brunetką, której wszędzie było pełno i której nigdy nie zamykały się usta; nie umiałam nie podziwiać tego, że jest w stanie wypowiedzieć takiej ilości słów na jednym wdechu.
Cierpliwie poczekałam aż skończy opowiadac, że jest sama w biurze, że nikogo nie ma, że tylko na mnie może liczyć i obdzwoniła już tyle osób i tylko ja odebrałam. Naturalnie wiedziałam, że to nieprawda. Ona zawsze dzwoniła tylko do mnie.
- No dobrze, ale co się stało?
- Och widzisz zapodziałam gdzieś dokumenty sprawy Emporium... Boże! To tragedia! Tomas mnie przecież zabije jak tylko się dowie, że to było na mojej głowie i teraz tego nie ma. I nawet pomysłu nie mam gdzie się podziały! Jen! Błagam, pomóż mi.. już nawet myślałam, żeby wziąśc sobie wolne na jutro.. Tomas potrzebuje tych dokumentów na jutro popołudniu, wieczorem ma pierwsze, najważniejsze spotkanie w prezesem Emporium. Boże, boże, boże.. co ja mam począć???
Westchnęłam
- Marg.. uspokój się - powiedziałam spokojnie..
- No ale jak ja mam być spokojna! Przecież od tych papierów zależy moja głowa, praca, pozycja,, - usłyszałam, że prawie płacze. Przez głowe mi przeszło pytanie - jakim cudem człlowiek z taka nikłą zdolnością panowania nad nerwami i stresem pracuje w naszej firmie?.
- Marg. Dokumenty wzięła Debby. Zrobiła to dziś popołudniu i powiedziała Ci o tym jak piłysmy kawe w bufecie.. - przyszło mi do głowy, że to jest chyba moment w którym powinnam pójśc do Tomasa i poważnie porozmawiać o dalszej współpracy z Marg. Mimo, że była sympatyczna to coraz bardziej dostrzegałam jak bardzo ktoś z działu HR się pomylił sądząc, że ona sie nadaje na to stanowisko które teraz piastuje.
- och... - i zapadła cisza w słuchawce.
Po chwili ułyszałam
- No.. hym.. w takim razie.. to życzę Ci miłego weekendu. paaaa - i rozłączyła się.
Skrzywiłam się. Spojrzałam tęsknym wzrokiem na drzwami za którymi kilka chwil temu zniknał pan Deilys. Przez tą histerie Margaret o mały włos nie zapomniałam o liscie który cały czas trzymałam w dłoni.
Spojrzałam jeszcze raz na pomarańczową kopertę, na której ktoś napisał:
Jennifer Brandge
7 Springfield street
Dublin 3
Ciekawośc wygrała z chęcią rozpamiętwania tego co uciekło i tego co musiałam wysłuchac. Czym prędzej udałam się do mieszkania, żeby dowiedzieć się kto i dlaczego wysłał mi list. I skąd taka jego forma..